Dlaczego kuter to nie skoda, czyli o doradcach, którzy połknęli własny krawat

Wyobraźcie sobie taką scenę. Hala produkcyjna, linia rusza, maszyny pracują w miarowym rytmie, a w chłodni czeka towar wart setki tysięcy złotych. I nagle – potężne tąpnięcie. Wasz główny, wieloosiowy kuter masarski, serce całej masarni, wydaje z siebie dźwięk przypominający ostatnie tchnienie zarzynanego transformersa i staje w miejscu. Komputer pokładowy miga na czerwono, a majster patrzy na maszynę z taką miną, jakby właśnie zobaczył kontrolę z Sanepidu w niedzielę niehandlową. Surowiec zaczyna tykać jak bomba zegarowa. W tym momencie na scenę wkracza zazwyczaj postać tragikomiczna: Doradca Finansowy z ramienia losowego banku.

Człowiek ten, w garniturze o kroju tak ciasnym, że odcina mu dopływ tlenu do mózgu, potrafi bez zająknienia sfinansować trzydziestą Skodę w dieslu dla przedstawiciela handlowego. Procedura jest prosta: klik, klik w systemie scoringowym, algorytm przemielił, pieczątka, dziękuję, pan odbierze kluczyki. Kiedy jednak ten sam doradca słyszy, że ma sfinansować linię do uboju, zaawansowaną maszynę do formowania farszu albo autoklaw do konserw, w jego oczach pojawia się czysta, egzystencjalna pustka. Nagle okazuje się, że kuter masarski to nie osobówka. Nie ma go w popularnych tabelach wycen Eurotaxu. Nie da się go bezrefleksyjnie „wklepać” w system między kosiarkę a laptopa. I tu objawia się największy grzech współczesnego rynku: próba załatwienia wszystkiego jednym człowiekiem. Oto przed Państwem staje jednoosobowy doradca-orkiestra. Człowiek, który jeszcze rano próbował wygooglować, czym różni się nadziewarka próżniowa od mieszałki farszu, nagle twierdzi, że doskonale wie, jak tę maszynę wziąć w leasing, jak ją ubezpieczyć i jak to wszystko rozliczyć. Jeden człowiek. Od wszystkiego.
Trzeba to sobie powiedzieć wprost: próba znalezienia jednego doradcy, który jest jednocześnie genialnym finansistą, wybitnym brokerem ubezpieczeniowym i licencjonowanym doradcą podatkowym, przypomina szukanie w rzeźni polędwicy wołowej w cenie pasztetu drobiowego. To się po prostu nie uda. Zarządzanie przez jakość brzmi dumnie, dopóki jakość nie spotka się z poniedziałkowym porankiem w polskim urzędzie. Wtedy nawet doktorat z zarządzania potrzebuje wsparcia w postaci melisy lub bardzo mocnej kawy.

Pułapka „jednego podpisu” – dlaczego potrzebujesz podejścia „3 w 1”?
Każda duża inwestycja w branży przetwórczej to nie jest po prostu „zakup”. To skomplikowana transakcja, którą trzeba potraktować holistycznie. Jeśli pominiesz choć jeden element, cała konstrukcja runie przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru ze strony urzędu skarbowego lub losowej awarii.
Oto trzy filary, które muszą ze sobą współgrać jak dobrze doprawiona receptura na krakowską suchą:
Finansowanie (Leasing): To zaledwie początek drogi. Chodzi o to, by dopasować harmonogram spłat do sezonowości branży (bo przecież przed grillówką zarabiacie inaczej niż w listopadzie), a nie do widzimisię banku. Konstrukcja leasingu musi być elastyczna, bo maszyna ma na siebie zarabiać, a nie dusić płynność finansową firmy od pierwszego miesiąca.
– Bezpieczeństwo (Ubezpieczenie maszyny i audyt): Zwykła polisa z szablonu tutaj nie zadziała. Co z tego, że ubezpieczycie kuter od ognia i powodzi, skoro w razie awarii elektroniki fabryka stoi, serwis jedzie z Niemiec dwa tygodnie, a sieci handlowe naliczają Wam takie kary umowne, że zaczynacie rozważać emigrację? Dobry broker patrzy na ryzyko utraty zysku i ubezpiecza maszynę od szkód elektrycznych czy błędów operatora. Przy okazji zakupu jednej maszyny warto zresztą zrobić kompleksowy audyt wszystkich ubezpieczeń i zabezpieczeń w firmie. Jeśli ubezpieczenie serca masarni leży, to strach pomyśleć, co dzieje się z OC działalności czy ochroną budynków.
– Bezpieczeństwo fiskalne (Księgowość i podatki): To kluczowy element, na którym wykłada się większość transakcji spiętych „na kolanie” przez bankowców. Pamiętajmy o jednej, fundamentalnej różnicy: księgowy rozlicza przeszłość, a doradca podatkowy planuje przyszłość. Wrzucenie wielomilionowej linii w koszty, amortyzacja, ulgi na robotyzację czy podatkowe skutki leasingu to zadanie dla doradcy. Księgowy rzetelnie zaksięguje fakturę, którą dostanie, ale to doradca podatkowy musi wcześniej upewnić się, że ta faktura nie stanie się pretekstem do kontroli skarbowej.
Wniosek jest prosty: Prowadzenie masarni to nie zabawa w korporacyjne „case studies”. Kiedy nasz Klient potrzebuje nowej linii produkcyjnej, nie wysyłamy do niego jednego człowieka z teczką pełną gotowych formularzy. Do stołu siada zespół: ekspert od leasingu maszyn, broker ubezpieczeniowy oraz doradca podatkowy. Dopiero ich wspólna praca daje gwarancję, że transakcja jest bezpieczna z każdej strony.

Dlaczego w Grupie Aureus tak bardzo tego pilnujemy? Bo sami jesteśmy prywatną firmą. Od 2007 roku ryzykujemy własnym kapitałem, zatrudniamy ludzi i walczymy z tymi samymi absurdami, z którymi mierzą się nasi Klienci. Tego, jak smakuje odpowiedzialność za pensje pracowników i jak wysoki jest poziom stresu, gdy rynkowe reguły gry zmieniają się w trakcie meczu, nie zrozumie żaden urzędnik ani etatowy pracownik banku, który o godzinie 16:00 zamyka laptopa i zapomina o świecie. Traktowanie transakcji wybiórczo – czyli „wezmę leasing tam, gdzie dadzą o promil taniej, a ubezpieczenie dokupię gdziekolwiek” – to prosta droga do biznesowej katastrofy. Prawdziwa oszczędność i spokój ducha wynikają z kompleksowości. Dopiero gdy finanse, ubezpieczenia i podatki zostaną spięte w jeden, logiczny mechanizm, przedsiębiorca może przestać bezustannie gasić pożary i zająć się tym, co potrafi najlepiej: robieniem świetnych wędlin i rozwijaniem swojej firmy.

www.aureus.pl

dr Sławomir Króliczek
Prezes Grupy Aureus

Udostępnij